Birmańska kolej i prowincja

Jak jestem w różnych częściach świata, to lubię zawsze przejechać się lokalną koleją. Uwielbiam ten autentyzm starych pociągów. W Birmie na stacji kolejowej w miasteczku Shwenyaung dowiaduję się, że pociąg którym chcę jechać jest dopiero późnym wieczorem, a jest wczesny ranek. Stwierdzam, że pójdę na lokalne targowisko, a potem do świątyni, którą widzę w oddali na wzgórzu. Na jednym ze straganów pani oferuję mi betel. Wkładam do ust i żuję. Panie pracujące na targowisku pokładają się ze śmiechu. Na dokładkę daję sobie jeszcze wysmarować policzki tanaką. Już mnie wszyscy lubią. Idę potem do świątyni, którą sobie upatrzyłem. Po drodze w małej wioseczce spotykam grupkę kobiet. Jedna z nich pyta gdzie idę. Wskazuje gestem, że do świątyni. Uśmiecha się życzliwie, daje malcowi stojącemu obok owoce i karze mu iść do domu. Mnie zabiera ze sobą i prowadzi przez pola do kładki nad rzeczką i potem do podnóży świątyni. Po około godzinnej wędrówce życzliwie się ze mną żegna, jak jest już pewna, że bez problemu dotrę do celu. Wszystko to zrobiła kompletnie bezinteresownie. Birmańska chęć pomocy jest dla mnie ogromnie szokująca w kontekście tych wszystkich cierpień, których doznali od białego człowieka. Piękny widok ze świątyni na okalające góry, jest udanym ukoronowaniem spaceru. Wieczorem wsiadam do pociągu. Umieszczają mnie w wagonie pierwszej klasy. Tłumaczą mi, że pomimo moich próśb nie mogą sprzedać mi biletu do wagonu o niższym standardzie, ponieważ jestem obcokrajowcem. Pociąg powolutku toczy się przez całą noc, pomimo zaledwie stu pięćdziesięciu kilometrów do przejechania. W połowie drogi wsiadają młodzieńcy, którzy pomimo chłodu otwierają wszystkie okna. Bo inaczej nie usną. Gdyby nie śpiwór, który mam ze sobą, to bym przemarzł do szpiku kości. Wysiadam w małym miasteczku Thazi. Akurat tam, bo pociąg dalej nie jedzie. Na mapie nitka szyn kolejowych ciągnie się aż do Bagan. Ale nie udaje mi się ustalić dlaczego jest to stacja końcowa. O brzasku odnajduję całkiem przyjemnym guesthouse, w którym zostaje kilka dni. Mieścinka okazuje się całkiem interesującym miejscem, gdzie można pysznie zjeść na miejscowym targowisku lub popatrzeć na konne bryczki, które jeżdżą po ulicach. Jest też interesująca świątynia, w której mnisi mieszkają w małych, kolorowych budyneczkach, przypominających zabudową starofrancuskie budowle kolonialne. Tam też spotkałem starszego pana, który powiedział mi, że Myanmar znaczy "silni i szybcy" oraz że bardzo ciężko rządzi się w kraju, w którym mieszka ponad sto grup etnicznych. A potem standardowo, bezinteresownie, pomimo zaawansowanego wieku, oprowadził mnie po całej świątyni i pokazał wszystkie jej zakamarki wraz z medytującymi mnichami.

bir13jpgbir14jpgbir8jpgbir17jpgbir16jpgbir9jpg