Jezioro Inle i okolice

Jak wylądowałem na lotnisku w Heho, to przed wyjściem dopadli mnie naganiacze, którzy proponowali przejazd w okolice jeziora Inle. Stawki horrendalne. Ci już bardzo szybko uczą się praw wolnorynkowych. Nie są jeszcze tak nachalni jak w Wietnamie czy Kambodży. Pytanie tylko jak długo to potrwa? Jak szybko zorientują się, że natarczywością zwojują więcej niż dobrym słowem? Idę pieszo, po drodze zatrzymuje się miejscowy i zawozi do miasteczka. Długo muszę go prosić i przekonywać, żeby wziął ode mnie pieniądze. Bo on nie zatrzymał się dlatego, że wyczuł dobry interes. On jechał, ja szedłem. Dla prostego, uczciwego człowieka, ten powód był wystarczający. W miasteczku nie ma żadnego hotelu dla przyjezdnego, już zrobiło się ciemno. Dzieciaki, którym gestem wytłumaczyłem, że szukam noclegu prowadzą do jakiegoś domu. Chłopak z Izraela prowadzi coś w rodzaju pensjonatu dla miejscowych, tłumaczy, że ma komplet. Ja mówię, że ciemno już i że mogę spać na podłodze. On odpowiada, że załatwi nocleg gdzie indziej. Wsiadamy na motor i jedziemy do innego hoteliku. Też tylko dla miejscowych. Ale właściciel, po krótkiej perswazji mojego nowego znajomego prowadzi mnie do pokoiku. Jak zapalamy światło, po podłodze ochoczo harcuje sobie karaluch. Cena za nocleg drastycznie spada. Pożyteczny owad. Nad ranem idąc ulicą przeszedłem zaledwie kilka kroków. Od razu podszedł do mnie sympatyczny człowiek i powiedział, że zaprowadzi na przystanek. Tam najpierw poczęstowali kawą, a potem złapali dla mnie autobus. Coś krzyknęli temu, który sprzedawał bilety, on przytakująco kiwnął głową. Policzył mnie jak miejscowego. I tak jest cała Birma, szczególnie na prowincji. Na każdym kroku ludzie chcą Ci bezinteresownie pomóc. Niczego nie oczekując w zamian. Tyle się wycierpieli od „białych ludzi”, bo przecież kraj w ruinie, a bez pomocy nie zostawią nikogo. W miasteczku Nyaungshwe, które znajduje się przy jeziorze Inle, szukam kilka godzin miejsca do spania, gdzie właścicielem jest Birmańczyk. Zdecydowana większość hoteli i pensjonatów prowadzona jest przez Chińczyków. A ja chce swoje pieniądze zostawiać miejscowym. I w końcu znajduję. Serdeczny właściciel, który prowadzi interes od bez mała piętnastu lat. Zawsze pyta wieczorem, co bym chciał na śniadanie. Przez cały dzień na stole leżą banany i stoi termos z zieloną herbatą. Stara szkoła gościnności. Większość osób, które odwiedza jezioro wskakuje wieczorem do łódki i płynie zobaczyć zachód słońca. Albo zostaje tylko jeden dzień, żeby opłynąć domy na palach i zobaczyć rybaków, którzy wiosłują przy pomocy nogi. Ci, którzy stoją w łódkach na początku akwenu i robią różne akrobatyczne wygibasy, które potem można podziwiać na pocztówkach, są za to sowicie wynagradzani. Ale nieprawdziwi. Leżą w łódkach i czekają na turystów, którzy myślą, że są świadkiem codziennego rytuału. Ten „taniec” jest właśnie dla nich. Za pieniądze. Tych prawdziwych też można spotkać. Ale oni nie lubią zdjęć. Ja wynajmuję łódkę tylko dla mnie. Płacę dodatkowe pieniądze sam od siebie mojemu „motorniczemu” i proszę go, żebyśmy nie pływali tylko tam, gdzie na co dzień docierają turyści (złotnik, mała szwalnia, wytwórnia papierosów, kowal). Te przybytki są mimo wszystko interesujące, ale dość komercyjne. Mój przewodnik z aprobatą kiwnął głową. Pokazał mi nienachalnie kilka ciekawych miejsc. Na następny dzień idę na trekking, mapka w telefonie świetnie się sprawdza. Po kilku godzinach docieram do świątyni mijając kilka lokalnych wiosek. Nikogo po drodze. Miejscowi pytają czasem czy jestem sam. W ich oczach widzę troskę, że mogę się zgubić. I w ten sposób spędzam nad jeziorem kilka dni. Codziennie biorę rower i objeżdżam pobliskie wioski. Raz spotykam mnichów jadących ciężarówką, kiedy indziej przytrafia mi się udział w lokalnym święcie. Któregoś dnia wchodzę na jedno ze wzgórz, z którego rozpościera się wspaniała panorama na całe jezioro Inle. Po drodze odwiedzam wiejską szkołę, dzieciaki patrzą na mnie z ciekawością, ale też z nieufnością. Przynoszą wodę. Piję. Kubek jest dziurawy, więc chłepcę przez otwór. Śmiechu co niemiara. Lody przełamane. Pokazują mi swoją klasę. Ja im zdjęcia w aparacie. I tak mija nam czas. Wieczorem wracam do mojego gościnnego gospodarza, który zawsze znajduje czas, żeby uciąć sobie ze mną pogawędkę. Mówię, że w dalszą podróż chcę ruszyć pociągiem. Twierdzi, że jeździ tylko jeden w ciągu dnia, we wczesnych godzinach rannych. Nazajutrz ruszam na dworzec kolejowy, nieświadomy kolejnych przygód, które mnie oczekują.

15781632_1242368719179349_5074850389746674427_njpg15823106_1242372769178944_5580547433485429107_njpg16105735_1259897274093160_601738263978036376_njpg16114836_1259894157426805_1235385286219918589_njpg16105930_1253795688036652_1982341250263849671_njpg16195048_1259895374093350_1397292638356773297_njpg