Kambodżańskie nabrzeże

Na kambodżańskim wybrzeżu lubiłem zawsze wypożyczyć motor i pojechać z dala od miejsc popularnych, w których roiło się od różnorakich hotelików i bungalowów. I zawsze znalazłem coś ciekawego. A to małą knajpkę, gdzie tylko lokalni rybacy pili kawę i z zaciekawieniem zerkali na mnie i próbowali zagaić aby cokolwiek się o mnie dowiedzieć. Innym razem znalazłem wodospad ukryty gdzieś głęboko w dżungli, w którym kąpali się miejscowi i kilku mnichów koniecznie chciało sobie zrobić ze mną zdjęcie, ponieważ intrygowała ich możliwość spotkania kogoś z innego rejonu świata, z dala od tego co znają. Przez przypadek też zatrzymałem się pewnego dnia przy drewnianym stole, zastawionym garnkami i talerzami. Taka wiejska „tawerna”. I zjadłem tam chyba najlepszą zupę rybną w całych Indochinach. Widziałem też rybaka, który siedział przed domem i naprawiał sieci albo miejscowe kobiety z lokalnej społeczności muzułmańskiej podczas ich codziennej pracy. I tak dzień za dniem, nieśpiesznie, żeby niczego nie przeoczyć, odkrywałem coraz to nowe miejsca i napotykałem miejscowych zaabsorbowanych domowymi obowiązkami i dowiadywałem się nowych rzeczy. Podobno w Kambodży zanim zarżnie się prosię, podaje się mu ogromną ilość marihuany. Żeby zwierzak mniej cierpiał. Ciekawostka. Nie wiem tylko czy prawdziwa.

1kjpg8bjpg2bjpg3bjpg6bjpg7bjpg