Kawałek Birmy Północnej

Jestem ostatni dzień w Laosie. Chce się dostać do Birmy, wiza kupiona przez internet, więc na granicy powinno być spokojnie, bez prób wymuszenia łapówki. Bezpośrednio się nie dostanę, bo to strefa zamknięta. Osławiony „złoty trójkąt”, gdzie jeszcze do niedawna były największe plantacje opium. Podobno nadal są tam czynne szlaki przemytnicze. Dlatego północna Birma jest na razie niedostępna. Więc trzeba na około. Kiedyś z Laosu do Tajlandii było ciekawe przejście graniczne przez Mekong. Wsiadało się do łódeczki i płynęło na drugą stronę. Zlikwidowali. Teraz jest most. Duży i nowoczesny. Na pewno łatwiej. Po przekroczeniu granicy Pani „konduktor” wciąga mnie do autobusu, który jedzie do Chang Rai. W środku tłumaczę, że nie zdążyłem wypłacić dolarów z bankomatu i mogę zapłacić laotańskimi kipami. „Tych śmieci nie chcę, możesz jechać za darmo”. W miasteczku na dworcu zmieniam autobus, żeby dotrzeć do kolejnego przejścia granicznego, tym razem z Birmą. Mam tylko trzydzieści minut, żeby znaleźć bankomat lub kantor. Chłopak, który sprzedaje bilety mówi, że poczeka. Znajduje jeden, potem drugi. Mają dwugodzinną przerwę. Wracam i mówię, że pojadę następnym, bo mam tylko laotańską walutę. Chłopak mówi, że mam wsiadać, bo następny jest jutro. Nie chce ode mnie zapłaty. Takie bezinteresowne odruchy, kiedy jest się w potrzebie przywracają wiarę w ludzi. Na pograniczu po stronie tajlandzkiej chcą ode mnie 10 dolarów. „Opłata manipulacyjna, bo nie wiadomo czy Cię wpuszczą” Idiotyczna argumentacja. Mówię, że nie zapłacę bo mam wizę kupioną przez internet. Więc wpuszczą. Urzędniczka z kwaśną miną pozwala iść dalej. Po stronie birmańskiej wszystko sympatycznie i z uśmiechem. Trochę długo, bo wypytują o szczegóły. Jestem dobrze przygotowany, pokazuje na mapie miejsca, gdzie chce jechać, mówię o nich to co wyczytałem. Nie robią problemów i nie szukają dziury w całym. W Tachileik znajduje skromny pokoik i idę coś zjeść, bo robi się późno. Znajduje w zaułku pana, który opieka ryby na zaimprowizowanym ni to grillu, ni to palenisku. Ryba zawinięta w liście i pikantna tak, że pali każdy kęs. Pan rozbawiony podaje wodę. Lepsze i przynoszące ulgę było by mleko. Ale znajdź tu teraz mleko po nocy. Nazajutrz skoro świt, załatwiam specjalny permint w „emigration” i jadę autobusem do Keng Tung. Odnajduje mały pensjonat, który jest prowadzony przez lokalsów. Z dużym zakłopotaniem i serdecznością tłumaczą mi, że nie mogę u nich zostać, bo będą mieli kłopoty. Oczywiście nie chcę robić im problemów i idąc za ich radą zaczynam szukać hoteli przeznaczonych dla obcokrajowców. I tutaj spotyka mnie smutna niespodzianka. Właścicielami są tylko Chińczycy. Ceny wyśrubowane do granic możliwości. Więc chodzę kilka godzin z nadzieją, że znajdę miejsce do spania, gdzie gospodarzem jest autochton. Bo chce swoje pieniądze zostawić miejscowym. Ale bez rezultatu. Zdegustowany płacę przyjezdnym z Państwa Środka. Następnego dnia melduję się w lokalnym urzędzie i próbuję wybłagać permint na kolejny odcinek trasy. Liczę na łut szczęścia, ale potrzeba mi tak naprawdę cudu. Bo przecież wszyscy po drodze mówili, że nie dadzą. Bo to strefa zamknięta. Ale spróbować chciałem. No i nie dali. Prosiłem, perswadowałem, błagałem. Próbowałem najpierw na wesoło, trochę pożartować, potem na smutno, że nie dadzą, a ja z drugiego końca świata. Na próżno. Byli bardzo życzliwi. Ale nieugięci. Potem chciałem wypożyczyć motor i pojechać obejrzeć jakąś wioskę, w której mieszka jak to się popularnie mówi, żeby zachęcić turystów „lokalna grupa etniczna”. Cała Birma tak na dobrą sprawę, to ogromny tygiel etniczny. Kilkadziesiąt bardzo zróżnicowanych narodów, plemion, klanów. Miałem mieszane uczucia, bo w Laosie unikałem komercyjnych operatorów, którzy oferowali takie atrakcje. Ceniłem sobie naturalność. Więc brałem motor lub rower i jechałem gdzie oczy poniosły. Żeby zobaczyć coś prawdziwego, a nie sztucznie wykreowane „ludzkie zoo” dla turystów. W Keng Tung nie chcieli mi nigdzie wypożyczyć motoru. Nie wiem, czy był to przypadek, czy może aparat państwowy już zaczął nade mną czuwać. Znalazłem człowieka z motorem, powiedziałem, żeby mnie zawiózł i pokazał życie ludzi w wiosce. Wytłumaczyłem, że nie chce oglądać „cepeliady”, i że jak mnie zawiezie w ciekawe miejsce, to na następny dzień wynajmę go jako przewodnika i pójdziemy gdzieś w góry, żeby zobaczyć kolejną wioskę. I że sowicie go wynagrodzę. Niestety, zawiózł mnie do miejsca, gdzie wszystko było udawane i nieprawdziwe. Kowal, który tłukł młotem dopiero jak przyjechałem i mój „przewodnik” go o to poprosił. Wszedłem do domostwa, gdzie po chwili zaproponowano mi kupno produktów, które miały być „handmade”. Identyczne widziałem na kilkudziesięciu stoiskach kiedy chodziłem po miejscowym targowisku. Rozczarowany wróciłem do miasteczka i poszedłem kupić bilet birmańskich linii lotniczych. Był to jedyny sposób, żeby dostać się do kolejnego miasta. I tu ciekawostka. Cena jest podana w dolarach. Ale nie mogę zapłacić „zielonymi” papierkami. Muszę przynieść równowartość w lokalnej walucie. Przesympatyczna pani szepce, żebym nie szedł do banku, że mam iść na targowisko, tam dużo lepszy kurs. Pytam czy to legalna transakcja. Odpowiada, że nie. Ale z uśmiechem dodaje, że mam się niczego nie bać, że mam zapytać na pierwszym lepszym straganie i że mnie zaprowadzą do właściwego. I tak było w istocie. Pani miała na „ladzie” piramidkę zbudowaną z banknotów pospinanych gumką. Nie specjalnie się z tym kryła. Przeliczyliśmy, wypiliśmy zieloną herbatę, ucięliśmy sobie krótką pogawędkę. Na następny dzień pojechałem na lotnisko, któremu daleko było do gargantuicznych terminali. No ale byłbym zaskoczony, gdyby było inaczej. Jedynym i największym minusem tego przedsięwzięcia było to, że kupując bilet lotniczy, wspieram rządzącą wojskową juntę, która jest właścicielem linii lotniczych. Innego sposobu niestety nie było.

15181452_1209192979163590_7688317933501899198_njpg15230709_1209191122497109_6291653146744835187_njpg15235732_1209193412496880_8677713706105600779_ojpg15283906_1209191452497076_5727121321875506300_njpg7jpg