Kraina 4000 wysp

W archipelagu czterech tysięcy wysp miałem wspaniałe miejsca do spania. Najpierw na jednej z wysepek zakotwiczyłem w bungalowie przy rzeczce u lokalsów. Na podwórku stała krowa i codziennie łypała na mnie spode łba. Ja miałem prysznic, wprawdzie tylko z zimną wodą, ale zawsze to jednak prysznic. Miejscowi co wieczór chodzili się kąpać do jednej z odnóg Mekongu. I zawsze robili dużo przyjemnego hałasu. Pluskanie, zabawy, harce. Trochę czułem się nieswojo, że ja mam ten prysznic. Potem na kolejnej wyspie spałem u sympatycznego, młodego chłopaka, w przytulnym drewnianym guesthousie. Codziennie wieczorem mówiłem mu, że zostaję jednak jeden dzień dłużej i płaciłem za kolejną dobę. A on codziennie kupował coś nowego. Dywanik, jakaś ozdobę, wazonik. Inwestował.

Codziennie pożyczałem rower i drewnianą tratwą przemieszczałem się z jednej wysepki na drugą. Nie było na nich żadnych bungalowów dla turystów. Była to przyjemna odmiana po Don Det obleganej przez przyjezdnych. Podglądałem sobie codzienne życie Laotańczyków. Jednego dnia zobaczyłem, że Pan niesie sobie jedzenie w foliowych woreczkach z jednego z domów, przy którym stał stół i ława. Taka prowizoryczna „restauracja”. Usiadłem i gestem pokazałem, że chcę coś zjeść. „Kucharka” i jej dzieciaki były strasznie rozbawione i zaintrygowane zarazem. Dostałem coś, co przypominało pocięte jelito albo pociętą aortę. Pokazali mi jak to jeść. Miałem sobie nabierać trochę na liść, potem zawijać go w rulonik i maczać to w pikantnym sosie. Sos był z tego najlepszy. Włożyłem do ust pierwszy kęs i żuje. W smaku mdłe. Ale zeszło się kilka osób i wszyscy z wyczekiwaniem patrzą na mnie. Niegrzecznie będzie nie zjeść, albo tym bardziej wypluć. Więc żuje i żuje. Po kilku kęsach „tłumek” zaczął się rozchodzić i pod stół przydreptał pies. Mój wybawiciel. Ukradkiem oddałem mu więcej niż połowę. Był tym obrotem sprawy zachwycony. Ja zresztą też.

Innym razem jak jechałem na rowerze, prze kolejną wioseczkę kilkanaście metrów przede mną kobiecina zaczęła machać rękoma i krzyczeć. Wywnioskowałem z jej gestów, że mam się zatrzymać. I kilka metrów przede mną przepełzał długi, grubiutki wąż, który cichcem wkradł się do jednej z zagród. Zeszło się kilku mężczyzn z różnymi widłami i zaczęli poszukiwania gada, aby go przepłoszyć. Węże w tej części świata są bardzo jadowite. Podobno żmija łańcuszkowa, która występuje w niedalekiej Birmie potrafi zabić dorosłego człowieka jednym „ukłuciem”. W Laosie jednym z najgroźniejszych węży jest bardzo niebezpieczny Niemrawiec pospolity. Bez pomocy lekarskiej, po ukąszeniu umiera się po kilku lub kilkunastu godzinach. Nie czekałem na rozwój wypadków, więc nie wiem czy gadzinę udało się przepłoszyć. Wsiadłem na rower, mocno nacisnąłem na pedały i szybko się ulotniłem.


1JPG3JPG11JPG12JPG13JPG15JPG