Nie tylko o Phnom Penh

O stolicy Phnom Penh nie będę się jakoś mocno rozpisywał, bo to miejsce dość mocno odwiedzane przez wszystkich, którzy do Kambodży przyjeżdżają. Mnie najbardziej zaintrygowało drzewo, które stało niedaleko świątyni Wat Phnom. Wisiało na nim kilkanaście nietoperzy. W biały dzień. Nie wiem co robiły w nocy. Ale w dzień wisiały i miały w poważaniu całą tłuszczę ludzką, która tam spacerowała. Ciekawym zjawiskiem jest również używanie Mekongu jako pralki lub prysznica. Jeden chłopak prał sobie spodnie, inny wszedł, namydlił się, opłukał i wyszedł. Potem wsiadł wypachniony do swojego tuk-tuka i odjechał. Z nabrzeża za kilkadziesiąt groszy (dosłownie) płynie prom na drugą stronę Mekongu. A tam wioseczka. I pomiędzy domami kościółek katolicki. Sytuacja dość niecodzienna, biorąc pod uwagę, że w kraju dominuje buddyzm. I trochę gryzie w oczy ten kontrast tych lichych chatynek wobec nowoczesnych budynków stolicy znajdujących się po drugiej stronie rzeki. Ale okolica interesująca. Kilka ciekawych świątyń, szkoła gdzie uczą się mnisi i generalnie bardzo swojsko oraz wiejsko. Kilku miejscowych pakowało byka do ciężarówki. Ten zadziwiająco spokojny. Za to krówka, która chyba nie była zachwycona tym, że za chwile będzie mieć towarzystwo, zaczęła szaleć. Kopała i wierzgała z takim impetem, że cała ciężarówka aż jęczała. Rolnik nie pozostawał jej dłużny i kilkoma „subtelnymi” kopniakami zasugerował jej, że ilość miejsca, które zajmuje jest zbyt duża. Po chwili krówka zrozumiała, że opór jest daremny i pokornie zrobiła miejsce. Lokalsi mogli jechać tam gdzie chcieli, a ja mogłem spacerować dalej. Potem popłynąłem jeszcze na wysepkę obok. Kiedyś była to osada rybacka, świadczy o tym chociażby świątynia w kształcie łodzi. Niewielka ilość rybaków mieszka i para się tym zajęciem nadal, mieszkają w mizernych chałupkach. A obok znajduje się bardzo duża ilość nowoczesnych i luksusowych domów. W nich raczej nie mieszkają rybacy. I jest tam też dla odmiany meczet. Trafiłem na festyn, gdzie było sporo pysznego, domowego jedzenia. Mieli też duże żabie udka z grilla. Nie skusiłem się. Kolejny miesiąc w Azji spowodował, że marzę o kartoflu. Zwykłym, pospolitym, przaśnym ziemniaku. Po powrocie do stolicy podreptałem na kolejowy dworzec. Chcę pojechać do Takeo. Bo niewiele wiem o tym miejscu i jest tam przystanek w drodze na wybrzeże. Przesympatyczna pani w kasie mówi, że ciuchcia jeździ tylko od piątku do niedzieli, bo jeszcze przed sezonem. Więc muszę trochę poczekać. Potem idę zjeść najlepszą wołowinę jaką kiedykolwiek jadłem. Plastikowe krzesełka i stoliki pod płotem świątyni. Obok palenisko. Jak zaczynało padać, to dziewczyny rozciągały plandekę nad gośćmi. Obok jakieś kable wystające ze słupa i tylko miejscowi, którzy popijali alkohol własnej roboty, sprzedawany w tym przybytku w plastikowych butelkach. Znaleźliśmy to miejsce przez przypadek z kumplem. Zaznaczyłem sobie na mapce i za każdym razem, jak tylko przejeżdżałem przez stolice szedłem tam zjeść. Nawet w ulewie.
kam12jpgkam13jpgkamjpgkam11jpgkam5jpgkam2jpgkam3jpg

kam8jpgkam7jpgkam6jpg