Pociągiem na kambodżańską prowincję.

Poszedłem na stację Kambodżańskich Królewskich Kolei. Obok wystrzelony w niebo biurowiec. Nowoczesny. Stal i szkło. W środku ludzie z identyfikatorami na szyi i z kartami magnetycznymi w ręku do otwierania drzwi. Korporacyjny sznyt. W zachodnim stylu. Uciekam szybko na stację. Przemiła pani w okienku mówi, że jest niski sezon, więc pociąg ze stolicy do wybrzeża kursuje tylko od piątku do niedzieli. Po drodze chcę wysiąść w Takeo. Bo nikt mnie nie zachęca, żeby tam jechać i nikt mi nie reklamuje tego miejsca. Pojadę i sprawdzę co mogę tam znaleźć. Pociąg w mojej ocenie komfortowy, nie brakuje w nim niczego. Jedzie wolniutko i powiedziano mi już wcześniej, że z punktualnością może być ciężko. A po drodze dzieciaki, które przychodzą lub przyjeżdżają czym się da, żeby zobaczyć ciuchcie, bo to atrakcja i pomachać. No to ja przez całą drogę wszystkim macham. Jak byłem dzieckiem, to też chodziłem patrzeć na pociągi. Teraz historia zatacza koło. Na małej prowincjonalnej stacji wysiadam i idę do miasteczka, mam jakieś pięć kilometrów. Na stacji zostaje Brytyjka, z którą jechałem pociągiem. Jest zdziwiona i poirytowana, że na wiejskiej stacji w Kambodży nie ma postoju taksówek. „Chodź ze mną do miasteczka” mówię „To tylko kilka kilometrów”. Odpowiada, że to za daleko i że ma walizkę, więc będzie jej ciężko. Przekonuje, że walizka ma kółeczka, więc można ją ciągnąć. Dziewczyna nie daje się przekonać. Mówi, że zostaje i czeka, bo na pewno musi ktoś tu przyjechać. W połowie drogi zatrzymuje się młody chłopak w tuk-tuku i mówi, że może mnie zabrać. Tłumaczę mu, że wolę spacery i że ma jechać na stację, bo tam będzie miał klientkę. Po kilkunastu minutach mija mnie ponownie z rozpromienioną Brytyjką, która macha do mnie uśmiechnięta. Nawet przez myśl jej nie przemknęło, żeby stanąć i zapytać czy chce się zabrać. Tak niestety prezentuje się znaczna większość dzisiejszych „backpackersów”. Na następny dzień podczas długiego spaceru po okolicy docieram do malutkiej wioski, zamieszkałej przez lokalną społeczność muzułmańską. Mały meczet w centralnym punkcie wioski. Potem, już w mieście przechodzę obok więzienia. Na wieży wartowniczej, strażnik buja się w hamaku. Normalka w tamtych stronach. Jak podchodzę do bramy, to widzę ją otwartą na oścież i ani jednego wartownika, który pilnowałby wejścia. W środku więźniowie w specyficznych uniformach krzątają się po placu, coś układają, dyskutują. Ale pomimo otwartej bramy, nikt nie kwapi się do ucieczki. Resocjalizacyjna ciekawostka. Na lokalnym targowisku można kupić co potrzeba i zjeść solidny obiad. Wyśmienite jedzenie mają też na małym straganiku obok szpitala. Podczas wspólnego posiłku kilku miejscowych oraz pielęgniarka lub lekarka (miała biały kitel) podpytują mnie o różne rzeczy. Taka przyjemna pogadanka o różnych sprawach. Wytłumaczyli mi gdzie jest poczta. Na miejscu tłumaczę kilku osobom, że chce wysłać pocztówki do Polski. Proszą, żeby poczekać. Po chwili przychodzi pani i mówi, że nie będzie z tym problemu. Za znaczki pocztowe na przesyłkę międzynarodową płacę jakieś niewielkie pieniądze. Wszystkie pocztówki dotarły do adresatów bez szwanku.
kambo9jpgkambojpgkambo2jpgkambo3jpgkambo4jpgkambo5jpgkambo6jpgkambo7jpg