Trekking szlakiem Ruta de Pedra GR 221 - Góry Serra de Tramuntana.

Majorka kojarzy się wszystkim (albo prawie wszystkim) z wypoczynkiem w dużych, betonowych skupiskach hotelowych. I w istocie tychże tam nie brakuje (m.in. Alcudia, Can Picafort). Niewielu próbuje swych sił na ścieżkach trekkingowych. A szlak GR 221 to jeden z najpiękniejszych jaki widziałem.

Przyleciałem na największą wyspę Balearów grubo po północy. Sama nazwa archipelagu wywodzi się podobno z Greki i oznacza człowieka, który strzelał z procy. Świetni procarze wywodzili się właśnie z tych wysp i byli rekrutowani w bardzo odległych czasach do greckiej armii. Spacer po starym mieście stolicy, wtedy kiedy jest tam pusto jest czymś naprawdę przyjemnym. Około trzeciej w nocy znajduję sobie przytulną ławkę nieopodal katedry, kładę plecak pod głowę i ucinam sobie drzemkę. Skoro świt jestem już w autobusie i jadę do Port d’Andratax, gdzie zaczynam trekking po wspaniałych górach Serra de Tramuntana. Po kilku godzinach docieram do miasteczka Sant Elm, nieopodal którego znajduje się wspaniała wysepka Sa Dragonera. Podobno turecki pirat Barbarossa miał tam swoją kryjówkę. Jeżeli to prawda, to nie jestem zaskoczony. Okolica bajeczna. Wieczorem rozkładam namiot kilka kilometrów od miasta i oglądam piękny zachód słońca.

Na całej trasie można znaleźć kilkanaście dobrych miejsc do spędzenia nocy w namiocie. Oczywiście nie wolno rozpalać ognia i trzeba wszystkie śmieci zabierać ze sobą. Sprzymierzeńcem wędrowca są drzewa truskawkowe, a w zasadzie ich owoce, które smakują całkiem nieźle. Jest ich całkiem sporo w wielu miejscach. Jak dociera się szlakiem do jakiegoś płotu, to z obu stron jest drabina. Nie ma z tym kłopotu. Jak się widzi w lesie tablicę z napisem „Big Game” to znaczy, że w określonych dniach biegają po lesie myśliwi i strzelają. Trzeba wtedy unikać chodzenia w zielonych ubraniach, najlepiej zakładać wtedy na siebie jaskrawe kolory. W lasach podobno występuje też ostronos rudy. Przynajmniej tak pisze na tablicach informacyjnych. Niewinnie wyglądający futrzak, charakteryzujący się ogonem w rudo-brązowe paski. Ponoć potrafi być niebezpieczny. Ja niestety nie spotkałem ani myśliwych, ani futrzaka.

Największą zaletą szlaku GR 221 jest różnorodność. Jesteś w górach, a za chwilę schodzisz do nabrzeża lub do jakiegoś niedużego sennego miasteczka takiego jak Bayanbufar, albo Deia, gdzie burmistrz od lat nie zgadza się na wybudowanie dużych parkingów dla autokarów. Dzięki temu brak tam tłumów, a spacer wąskimi uliczkami i podziwianie domów zbudowanych z kamienia to czysta przyjemność. W przeciwieństwie do Valldemossy, która jest wspaniała ale tłumnie oblegana. To właśnie tam kilka miesięcy wspólnie spędził Fryderyk Chopin wraz z George Sand. Nabrzeże przepełnione jest wspaniałymi zatokami, gdzie lazurowa woda wygląda zjawiskowo. W okolicach Soller jest wiele wspaniałych gajów pomarańczowych. Właśnie tam są najsoczystsze owoce. Ja miałem okazję napić się soku, świeżo wyciśniętego z pomarańczy. Gospodarz miał rozstawiony mały stoliczek, drewniane krzesełko i sprzedawał sok oraz owoce prosto ze swojego sadu. Dzięki drzewom pomarańczowym powstała kolej, żeby transportować owoce do stolicy. Dzisiaj można przejechać się zabytkowym, drewnianym pociągiem, który jedzie do Palmy i wije się pomiędzy górami Serra de Tramuntana.

Podczas wędrówki szlakiem mija się też dwa wspaniałe jeziora otoczone górami – de Cuber oraz Gorg Blau. Nieopodal tego pierwszego znajduje się najwyższy szczyt Mahor (1445 m n.p.m.). Niestety nie można wejść na wierzchołek bo znajduje się tam baza wojskowa. Ale można wejść na wiele innych, chociażby na Puig de Massanella, z którego rozpościera się zjawiskowa panorama na okolicę. Po drodze spotkać można też wiele owiec, prawie każda ma dzwoneczek na szyi. Jak się zgubi, to pasterz może ją łatwiej znaleźć. Jak spędziłem jedną noc nieopodal fontu z wodą, który upodobały sobie właśnie owce, to do rana słyszałem rytmiczne dzwonienie, które było czymś niecodziennym, ale bardzo przyjemnym zarazem.

Kiedy dociera się do Lluc, małej mieścinki o niezwykłej urodzie położonej w dolinie otoczonej górami warto zatrzymać się tam na kilka dni. Można wybrać się na kilka pobliskich szczytów oraz obserwować w nocy nieboskłon. Przejrzystość nieba jest tak wspaniała, że zobaczenie spadającej gwiazdy przestaje być czymś niecodziennym. Znajduje się tu najsłynniejszy klasztor na wyspie oraz bazylika, w której przechowywany jest obraz i figura Czarnej Madonny, patronki całej wyspy. Jest to bardzo ważne centrum pielgrzymkowe wszystkich mieszkańców Majorki. Stąd już niedaleko do końca szlaku Ruta de Pedra GR 221. Po drodze wchodzę jeszcze na szczyt Tomir, z którego rozciąga się wspaniała panorama na Cap de Formentor oraz zatokę alkudyjską. Podczas podejścia na szczyt kilkanaście metrów nade mną przelatuje wspaniały, czarny orzeł, który kilka dłuższych chwil kołuje nad moją głową. Na szczycie nie ma nikogo oprócz mnie. Cisza, spokój, kontemplacja. Sam na sam z potęgą natury. Bezcenne. Kiedy docieram do Port de Pollenca, w którym kończę trekking, idę do Cala Boquer. Małej, urokliwej zatoczki kilka kilometrów od miasteczka. Biorę kąpiel w morzu, rozkładam namiot, jem kolację, na którą składa się wspaniały kozi ser, lokalna kiełbasa Chorizo oraz trochę owoców, a potem zadowolony ze zrealizowania planu kładę się spać.

Ale podróż to też ludzie, których spotykamy na swojej drodze. Pamiętam, kiedy siedziałem nad ranem w małej lokalnej kafeterii w miasteczku Estellencs i napawałem się wspaniałym espresso, zobaczyłem wchodzących dwóch chłopaków. Trochę zmęczeni, ociupinę przykurzeni. Jeden z nich miał plecak, którego szelka poklejona była czarną, wojskową taśmą. Drugi miał na nogach znoszone, lekko przetarte buty. Takie atrybuty znamionują wytrawnych podróżników oraz hikerów, uwielbiających wielogodzinną włóczęgę. Ich nie interesuje lans. Ich interesuje przyroda, eksploracja, kontemplowanie natury. Tacy właśnie byli. Mike oraz Jens. Dwóch chłopaków z Niemiec. Nie pamiętam, kto pierwszy zagadał, ale od razu przypadliśmy sobie do gustu i kilka dni podróżowaliśmy razem. Zawsze kończyli dzień litrowym piwem San Miguel. Pochodzili z Bawarii, a to jak sami mówili zobowiązuje. Kontakt mamy do dzisiaj.

Kiedy wróciłem do Palmy i czekałem na samolot, poszedłem do pubu z piwem craftowym, który zarekomendował mi mój przyjaciel. Na głównej tablicy wśród trunków z różnych stron świata, widniały dwa rodzaje piw z Polski. Z małego lokalnego browaru rzemieślniczego. Barman, wytrawny znawca tematu, bardzo chwalił nasze produkty. Dobry towar zawsze się obroni. Nawet na Majorce, gdzie królują lokalne wina, likiery ziołowe oraz Sangria.
2jpg1jpg13jpg11jpg28jpg51jpg7jpg44jpg